Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Polish (Poland) English (United Kingdom) German (Germany)


Ludzie PDF Drukuj

Profesor Leszek Berger 

1925 – 2012 

 

  alt

 

Tak się złożyło, że gdy zaczynałam dopiero przygodę z „Elżbietówką” - na pewnym przyjęciu posadzono mnie (zupełnie przypadkowo!) obok starszego pana tytułowanego Profesorem. Zaczęliśmy rozmowę, początkowo konwencjonalną, ale gdy okazało się, że jest to profesor Berger: światowej sławy specjalista „od żab” (czyli herpetolog) – nasz dialog, (a raczej Jego monolog) zaczął być fascynujący. Profesor opowiadał o ich obyczajach, np. o tym jak zmyślnie ropuchy, a także niektóre żaby zakopują się na zimę (pod Jego wpływem starałam się to później zaobserwować), a także o swej drodze naukowej, o tym, ze robiąc habilitację odkrył u żab mechanizmy sprzeczne z „genetyką socjalistyczną”. W imię prawdy naukowej ogłosił tę pracę (”Systematyka żab zielonych”), ale tę habilitację oczywiście mu odrzucono (zrobiły to dwa uniwersytety: Poznański i Jagielloński) jako sprzeczną z obowiązującą doktryną (a więc już wtedy „poprawność polityczna” była ważniejsza!)

 

Ale gdy w parę lat później inny amerykański uczony niezależnie od niego doszedł do tych samych wniosków – cofnięto mu anatemę i pracę habilitacyjną zaliczono. Obronił ją dopiero w 1969 r. na Akademii Rolniczej w Poznaniu. No i oczywiście stał się wtedy sławny. Zdradziłam mu moje pragnienie posiadania na polu „pięknie grających” żab (mieliśmy wtedy dopiero jeden staw). Oczywiście natychmiast zaproponował, że mi w tym pomoże i zaprosił wiosną do swego Zakładu (przy ul. Bukowskiej, ma zapleczu starego zoo).

 

Gdy przyszłam, pokazał mi pod mikroskopem „moje” zarodki i opowiedział o swych dogłębnych rozważaniach, jaki gatunek będzie dla Ogrodu najodpowiedniejszy. Przygotował dla mnie ok. 900 zarodków, z czego żywych wylęgło się 786 (wszystko było dokładnie policzone!) No i żaby są – i oczywiście rozeszły się po całej okolicy. Bywały lata, że wręcz „hałasowały” w stawie na dole. W górnych, wykopanych stawach zrobionych na folii ich liczba pozostaje mniej więcej stała i niezbyt wielka: myślę, ze to ryby i żurawie (a pojawiają się nawet czaple) zjadają kijanki, a reszty spustoszenia dokonują wałęsające się tu koty, które wręcz stały się plagą. Profesor Berger opowiedział mi wtedy o swym marzeniu: kupił, czy też odziedziczył ziemię pod Ostrowem, gdzie ma już wykopane płytkie baseny i tam po przejściu na emeryturę będzie hodował żaby. Co też stało się faktem w 1996 r.

 

 

Zasługi Profesora są nie do przecenienia.

 

Pracując od 1951 r. w Zakładzie Badania Środowiska Rolniczego i Leśnego Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu już w latach 60. w swoich raportach badawczych zwracał uwagę na wiele problemów związanych z ekologią i biologią płazów - wówczas niedostrzeganych, a dziś przybierających rozmiary globalnego problemu, jako że płazy są czułymi indykatorami stanu środowiska.

 

Jego prace w okolicy Poznania i w Wielkopolsce był pionierskimi w tej dziedzinie, a pod wpływem jego odkryć liczni zoologowie na całym świecie rozpoczęli intensywne badania nad żabami zielonymi (nazwanymi tak przez Linneusza w 1758) na obszarze całej zachodniej Palearktyki, co doprowadziło do wykrycia licznych dalszych gatunków żab. Ten tak skromny człowiek jest światowej sławy uczonym, którego imieniem nazwano nowo odkryty nowy gatunek zamieszkujący Półwysep Apeniński i Sycylię. Na Jego cześć nosi imię Rana bergerii (zresztą są i dalsze Jego imienia).

 

Urodzony w 1925 r. w Pabianicach. Dzieciństwo i młodość spędził we wsi Lewkowiec koło Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie osiedlił się tez po przejściu na emeryturę. Absolwent Wydziału Matematyczno–Przyrodniczego (sekcja biologia) jako student IV roku rozpoczął pracę w Muzeum Przyrodniczym w charakterze asystenta. Habilitacja – 1969 r. Tytuł Profesora Nadzwyczajnego otrzymał w 1981, a w 1990 Profesora Zwyczajnego. W 1973 r. za wykrycie nowego typu dziedziczenia u zwierząt otrzymał z PAN Nagrodę I stopnia. W swoim dorobku ma ponad 120 publikacji,  jest współautorem licznych prac - większość została napisana w języku angielskim.

 

W 1995 r. przeszedł na emeryturę. Z wielkim zapałem zaangażował się w edukacje ekologiczną. Chętnie współpracował ze szkołami, nauczycielami przyrody i biologii. Słynął z tego, że zapraszał wszystkich do swojego rannarium w Jaskółkach (Gmina Raszków) na niezwykłe lekcje żywej biologii. Sam przyznawał, że niezwykłe na koniec pracy naukowej było to, że w Jaskółkach przyszły na świat białe żaby! Zjawisko przyrodnicze tyleż ciekawe, co trudne do wytłumaczenia. Dzielił się tym „odkryciem’’ ze wszystkimi. Często mówił, że w edukacji nie jest najistotniejsze, aby zapamiętać nazwy gatunków. Ważne, by ludzie wiedzieli, że dane zwierzę, żaba jest bardzo pożyteczna w środowisku, że bez niej jako społeczeństwo, cywilizacja możemy stracić bardzo wiele. Dla środowiska przyrodników ostrowskich był wielkim autorytetem, mentorem i dobrym duchem. Dzięki jego wsparciu odbywały się takie imprezy ekologiczne jak Forum Przyrodnicze Południowej Wielkopolski, które co roku skupiało kilkuset uczniów nauczycieli i pasjonatów.

 

Potrafił zarażać swoim wielkim optymizmem. Uczył bawiąc i bawiąc uczył przez co zjednywał sobie rzesze sympatyków. Był przy tym człowiekiem niezwykle skromnym. Odszedł tak jak żył, cicho i taktownie choć… niespodziewanie 8. lipca 2012. I takim go zapamiętamy…

 

Kariera naukowa Profesora Bergera nie była prosta. Wyniki jego badań okazały się zbyt rewolucyjne. Dwie uczelnie nie przyjęły jego rozprawy habilitacyjnej. Po latach, jego przełożony uznał temat hybrydogenezy żab za bezwartościowy i wykreślił z tematyki węzłowej realizowanej przez jednostkę. Znaczną część swoich badań Profesor prowadził w swoim domu. Złe traktowanie odcisnęły swoje piętno na Jego zdrowiu, czego efektem był zawał serca. Pomimo tego pozostał bardzo otwartym i życzliwym człowiekiem.

 

 

Osobiste spojrzenie Profesora Bergera na swoją karierę można znaleźć w Jego pracach z Przeglądu Zoologicznego oraz Forum Akademickiego. Fragment z tego artykułu przywołuję poniżej:

 

„Habilitację obroniłem w 1969 r., jednak docentem zostałem dopiero w 1974 r. i tylko dlatego, że mój student, Piotr Masiakowski (obecnie profesor w Kalifornii), którego artykuł „Po co dotykać żabę”, zgłoszony na konkurs tygodnika „Kultura” (1974, nr 557) pod hasłem „Nowe Pióra”, zdobył czołową lokatę. Natomiast moje starania o tytuł profesora trwały ponad 12 lat, wszystko rozbijało się o brak wykształcenia w Polsce chociażby jednego doktora. Wiadomo, że w uczelniach na studiach doktoranckich „produkuje” się doktorów „taśmowo”, takich możliwości w instytutach nie ma. Muszę przyznać, że miałem pecha, ponieważ moi potencjalni studenci, wbrew mojej woli, byli zawłaszczani przez innych. Dopiero w 1979 r., jako jedyny specjalista w Polsce od małży rodzaju Pisidium, miałem okazję być promotorem rozprawy doktorskiej Systematyka małży z rodziny Sphaeriidae na podstawie mikrostruktury muszli , którą napisała Anna Dyduch z Krakowa. I dzięki temu w roku 1981 otrzymałem tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego. Tytuł profesora zwyczajnego otrzymałem dopiero w 1990 r. po ukończeniu 65. roku życia, na co wpłynęły stosunki panujące w naszym instytucie.

Podobne historie zdarzają się w innych placówkach naukowych, nie tylko Polskiej Akademii Nauk, o czym doskonale wiedzą młodsi pracownicy nauki. Wszystko zależy od kierownika, ponieważ tylko on może tworzyć dobrą atmosferę. Z mojego doświadczenia wynika również, że nie każdy uznany specjalista (uczony) umie pomóc lub zachęcić swoich młodszych kolegów do rozwiązywania trudnych, nowych problemów. Robią to jedynie ci, którzy nie uważają zastanej wiedzy za fakt ostateczny i tylko tacy są gwarantem rozwoju kadry każdej instytucji, nie tylko naukowej”. [Berger L. 2008-2010: Kłopoty z systematyką żab zielonych Europy. Przegląd Zoologiczny 52-54: 113-122]

--------------------------------------------------------------------

 

Prof. dr hab. Władysław Bugała

1924-2008

 

alt

 

To jeden z najznakomitszych i najbardziej zasłużonych polskich dendrologów, a zarazem drugi obok Mikołaja Karpow-Lipskiego polski hodowca lilaków.



Urodził się 24. kwietnia 1924 roku w Bartkowicach koło Częstochowy. Studiował w Poznaniu na Wydziale Rolniczo-Leśnym Uniwersytetu Poznańskiego, ktory ukończył w 1948 r. Wtedy też osiedlił się w Kórniku i rozpoczął pracę w Zakładzie Badania Drzew i Lasu w Arboretum Kórnickim (gdzie współpracował jeszcze w czasie studiów) i który pozostał pierwszym i jedynym miejscem jego pracy. Od 1950 roku był kierownikiem naukowym Arboretum i Pracowni Introdukcji i Aklimatyzacji Drzew i Krzewów. Po 24 latach został zastępcą dyrektora ds. naukowych w Instytucie Dendrologii PAN w Kórniku, a od 1980 roku był jego dyrektorem.


Profesor Bugała przez wiele lat bardzo aktywnie działał w stowarzyszeniach o charakterze botanicznym: był przewodniczącym Sekcji Dendrologicznej Polskiego Towarzystwa Botanicznego, redaktorem rocznika Arboretum Kórnickie, a także przewodniczącym Rady Redakcyjnej Rocznika Dendrologicznego, oraz członkiem Komitetu Redakcyjnego Biuletynu Ogrodów Botanicznych, Muzeów i Zbiorów.

Opublikował ponad 140 różnego rodzaju artykułów naukowych i innych publikacji, napisał 3 podręczniki, z których Drzewa i Krzewy dla Terenów Zieleni były wielokrotnie wznawiane i jest to nadal jeden z podstawowych podręczników dendrologii w Polsce. Współtworzył tez - razem z prof. S. Białobokiem i Z. Hellwigiem - „Drzewoznawstwo” z 1955 roku: pierwszy tak szczegółowy podręcznik dendrologii w Polsce. Przez wiele lat zajmował się badaniami topól (Populus) w Arboreum Kórnickim, których kolekcja - założona jeszcze w latach 20. XX wieku przez ówczesnego Dyrektora Arboretum Antoniego Wróblewskiego - nie miała wówczas równych w Europie.


Utworzono ją po to, aby Polska, która po zniszczeniach I wojny swiatowej i przetrzebionym drzewostanie potrzebowała ogromne ilości drewna, mogła szybko uzupełniać swe braki, a szybko rosnące topole mogły wypełnić te lukę.


Prócz głównego nurtu swej pracy naukowej zainteresował się istniejącą tam kolekcją syringa, założoną w latach 30. również przez Antoniego Wróblewskiego, opartą na odmianach sprowadzonych z Nancy we Francji i ze szkółek Spaetha w Berlinie. Liczyła ona początkowo 60 odmian. Specjalną częścią kolekcji były lilaki botaniczne – głównie azjatyckie: japońskie i chińskie wyhodowane przez Izabelę Preston w Kanadzie.


Przed wojną do ogrodów i arboretów sprowadzono kolekcje bzów z Francji (Lemoine’a), Taką starą kolekcję posiada Ogród Botaniczny w Poznaniu i Krakowie, park w Żelazowej Woli, a przede wszystkim Arboretum w Kórniku, którego kolekcja uznana została niedawno za Kolekcję Narodową.

 

Profesor Bugała już w latach 50. zainteresował się hodowlą i selekcją lilaków (w międzyczasie kolekcja została znacznie powiększona o nowe odmiany pochodzące ze szkółek europejskich i z Głównego Ogrodu Botanicznego w Moskwie (Kolesnikowa).

 

W ciągu lat swej pracy Profesor otrzymał kilkanaście odmian Syringa prestona. Są to:

'Basia', 'Danusia', 'Diana', 'Esterka', Goplana', 'Jaga', 'Jagienka', 'Nike', 'Telimena'. W tej pracy walnie pomagał mu Jan Król.

Zostały one opisane i reprezentowane są w licznych kolekcjach europejskich i w Kanadzie.


Ponadto Profesor Bugała wyhodował 13 nowych odmian Syringa vulgaris wyselekcjonowanych z kilkunasu tysięcy siewek odmiany 'Marechal Foch' (z wolnego zapylania) spełniających postawione przez niego zadania: nie dających odrostów korzeniowych, o pięknych wiechach, bardzo trwałych w wazonie itp.

Odmiany te nie zostały nigdzie zarejestrowane, gdyż obecne procedury są dość czasochłonne i kosztowne, toteż wszystkie noszą nazwę 'KÓRNIK NR 1-13', bo też tam się znajdują.

 

Ogród Botaniczny „Elżbietówka” posiada wszystkie Jego odmiany Syringa prestona i owe 13 odmian 'Kórników'.


Bzy były swoistym hobby W. Bugały. Ale profesor miał to szczęście, ze jeszcze jako początkujący pracownik Arboretum mógł brać udział w introdukcji pierwszych w Europie okazów Metasequoia glyptostroboides, których 3 (trzy!) nasiona otrzymał Kórnik z Kew w Londynie tuż po ich znalezieniu w Chinach (dopiero później - na początku lat 50. przyszła większa partia nasion tych drzew, dotąd uważanych za wymarłe, z Chińskiej Republiki Ludowej). Była to zasługa niestrudzonej Pani Profesor Hanny Czeczott, która była wtedy na stypendium w Londynie i gdy tylko angielsko-chińska ekspedycja przywiozła pierwsze na świecie zebrane nasiona metasekwoi, załatwiła kilka z nich dla polskich ogrodów (dostał je Kraków, warszawski Ogród Botaniczny UW i właśnie Kórnik).


Z tych 3 nasion wzeszły dwa, jedna siewka zmarniała, a jedno drzewo rośnie do dziś i jest ozdobą Arboretum będąc jedną z najstarszych w Europie metasekwoi. Profesor opowiadał, jak wielkim wyzwaniem była hodowla tych trzech nasion, bo przecież nikt nie wiedział, jakie mają wymagania, czy są mrozoodporne, jakie stanowisko preferują itp.

Cieszę się, że udało mi się zdążyć zorganizować nagranie tej opowieści dla cyklu „Maja w ogrodzie” w TVN24 na parę miesięcy przed śmiertelną chorobą Profesora.



Zmarł 16.czerwca 2008 roku w Kórniku i tam też został pochowany na miejscowym cmentarzu, gdzie leżą także Prof. Białobok, Antoni Wróblewski i długoletni zasłużony pracownik Zakładów Kórnickich - Jan Król. Był odznaczony Krzyżem Kawalerskim i Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.


Wspomagał swoją wiedzą i doświadczeniem rozwój nowych arboretów i innych kolekcji botanicznych w Polsce. Był życzliwy i pomocny początkującym amatorom dendrologii, czego ja w szczególny sposób doznałam.

-------------------------------------------------------

 

HANNA CZECZOTT

1888-1982

 

alt

 

Z domu Peretiakowicz urodziła się 3.01.1888 w Petersburgu w rodzinie polskiego buchaltera z Wołynia Gracjana oraz Leonildy z Wilpiszewskich. Po ukończeniu gimnazjum przeniosła się wraz z rodziną do Warszawy. Tam dawała korepetycje i uczyła na pensji, jednocześnie studiując na kursach Towarzystwa Kursów Naukowych.

 

Po ślubie z profesorem Instytutu Górniczego w Petersburgu zamieszkała znów w tym mieście i podjęła studia na wydziale Bio-Geograficznym, który ukończyła w 1922. Studia jej trwały długo przerywane działaniami wojennymi i rewolucją oraz ekspedycjami poszukiwawczymi jej męża, któremu zawsze towarzyszyła. Były to wyprawy głównie w głąb Azji, ale i Kanady oraz USA.

Wrócili do wolnej już Polski w 1922 r., gdzie mąż objął katedrę na Akademii Górniczej w Krakowie, a ona zajęła się opracowywaniem przywiezionych bogatych zbiorów i wydała pierwsze publikacje.

 

Szczęśliwy ten czas przerwała nagła śmierć męża - Henryka Czeczotta. Aby przezwyciężyć ból zajęła się jeszcze intensywniej pracą naukową.

W 1931 r. przeniosła się do Warszawy, gdzie opublikowała studium nad rozmieszczeniem Fagus orientalis. W pracy tej zastosowała nowatorskie metody biometryczno-statystyczne. Studium to zwróciło jej uwagę na paleobotanikę.

 

Zaczęła pracować w Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin UW. Dowiedziawszy się, że jeden z geologów w czasie swych badań na Wołyniu odkrył ślady flory mioceńskiej, postanowiła zorganizować wyprawę. Była tam dwukrotnie, ale dalszym badaniom przeszkodziła wojna. Jej warszawskie mieszkanie wprawdzie ocalało, ale zostało doszczętnie rozgrabione przez hitlerowców, a książki i zielniki - dorobek życia - jako „niepotrzebne” wyrzucono przez okno.

 

W 1948, po powrocie ze stypendium w Wielkiej Brytanii, gdzie tak walnie przyczyniła się do ofiarowania nasion Metasequoia polskim arboretom (*) przeniosła się do nowo utworzonego Muzeum Ziem gdzie zorganizowała Pracownię Paleobotaniczną. Zaczęła katalogować kopalne rośliny naczyniowe Polski i przygotowywać katalog skamieniałości w Polsce.

 

W 1947 stwierdziła, że kopalnia węgla brunatnego Turów w Turoszowie stanowi wymarzony obiekt badań i poświęciła jej 30 lat swego życia paleobotanika. Była niezmordowana - co najmniej dwukrotnie w ciągu roku musiała być w Turowie (ostatni raz w wieku 86 lat!) i w innych złożach flor kopalnych. „Jej energia i pasja badawcza sprawiły że flora Turowa stała się dziś jednym z najlepiej i najwszechstronniej opracowanym stanowiskiem flory mioceńskiej w Europie.”

 

Posiadała liczne krajowe odznaczenia, a jej życiorys znalazł się w biografii najwybitniejszych botaników świata. Jej nazwisko upamiętniono w nazwach kilku roślin kopalnych.

 

Korzystałam ze wspomnienia Aliny Skirgiełło - „H. Czeczott”

(Prace Muzeum Ziemi s. 36 Warszawa 1983)

 

(*) O tym wspaniałym epizodzie z jej życia pięknie opowiedział mi prof. Bugała. Udało mi się doprowadzić do nagrania telewizyjnego jego wypowiedzi, z czego mam wielką satysfakcję, bo pół roku później Profesor już nie żył.

 

Hanna Czeczott tuż po wojnie wyjechała na stypendium do Londynu. Tak się zdarzyło, że właśnie wróciła brytyjsko-chińska wyprawa botaniczna, która na zboczach gór chińskich odnalazła drzewo uznane za dawno wymarłe: Metasequioa glyptostroboides. Przywieziono garść nasion i Pani Profesor za właściwą sobie energią po prostu wymusiła na Anglikach podarowanie choć malej ich cząstki Polsce, tak srogo dotkniętej stratami wojennymi - także w zbiorach roślin i drzewostanu.

 

Ta garść roślin została podzielona na 3 ogrody: najwięcej dostał krakowski Ogród Botaniczny i warszawski a Arboretum Kórnickie dostało 3 (trzy) nasiona. Profesor Bugała dopiero rozpoczynał tam swą pracę prosto po studiach. Opowiadał jak uczestniczył w projekcie wyhodowania tych roślin, przybyłych z dalekiej przeszłości. Nie było wiadomo jakie mają wymagania, więc obchodzono się z nimi jak z jajkiem! Jedno nasionko w ogóle nie skiełkowało, drugie wzeszło ale szybko zmarniało, a trzecie wyrosło, zostało wysadzone do Arboretum i dziś - po 60 - latach jest pięknym rozłożystym drzewem.

 

Na początku lat pięćdziesiątym wyruszyła druga, czysto chińska wyprawa po nasiona metasekwoi, a że powstała właśnie Chińska Republika Ludowa i byliśmy w tym samym „obozie” - dostaliśmy tym razem sporo nasion.

 

Drzewo to okazało się nadspodziewanie łatwe w uprawie i w tej chwili prawie wszystkie lepsze szkółki dysponują sadzonkami . U mnie też pięknie rosną, bo wcale nie mają wielkich wymagań.

-------------------------------------------------------

 

Hoserowie 

Rodzina warszawskich ogrodników trwale związana z historią miasta i polskiego ogrodnictwa od roku 1844. W tym właśnie roku przybył do Warszawy Piotr Hoser aby objąć posadę ogrodnika w Ogrodzie Saskim. Cztery lata później założył w Warszawie własną firmę ogrodniczą kupując za pożyczone pieniądze grunt przy ulicy Nowogrodzkiej, znajdującej się wówczas na obrzeżach miasta naprzeciwko nowo powstałego dworca kolei warszawsko-wiedeńskiej. Wkrótce do współpracy ściągnął z Czech braci Pawła i Wincentego.

 

Firma pod nazwą „Bracia Hoser” rozrastała się dynamicznie zajmując teren ograniczony ulicami Marszałkowską, Żurawią, Leopoldyny. W 1879 Bracia Hoser dokupili kolonię na Rakowcu (obecnie teren na rogu Al. Krakowskiej i ul. 1 sierpnia), gdzie Wincenty założył szkółki drzew. Firma zatrudniała wówczas 40 ogrodników i 50 pracowników sezonowych. Prowadziła wszechstronną działalność ogrodniczą obejmującą nie tylko produkcję materiału szkółkarskiego, ale także roślin doniczkowych, owoców czy urządzanie ogrodów. O pozycji firmy w owym czasie świadczyć może krótka wzmianka w „Lalce” Bolesława Prusa.

 

W 1896 roku z firmy wycofał się jej założyciel Piotr I, a jego dzieło kontynuowali synowie Piotr Ferdynand, Wincenty i Henryk. Piotr Ferdynand Hoser założył nowoczesne gospodarstwo szkółkarskie w Żbikowie pod Pruszkowem, które w okresie międzywojennym należało do najlepszych i najbardziej znanych w Polsce. Piotr Ferdynand był jednym z twórców nowoczesnego ogrodnictwa w Polsce, oraz współzałożycielem wydziału ogrodniczego SGGW i jego wieloletnim wykładowcą. W dowód jego zasług SGGW nadała mu tytuł doctora honoris causa.

 

Lata powojenne przyniosły ze sobą upaństwowienie firmy „Bracia Hoser”, trudne czasy przetrwały jedynie szkółki w Żbikowie, głównie dzięki uporowi i zaangażowaniu Piotra Tadeusza Hosera - wnuka protoplasty rodu. Także ostatnie pokolenie tej rodziny kontynuuje te tradycje: obecny ordynariusz diecezji warszawsko - praskiej ksiądz arcybiskup Henryk Hoser jest prawnukiem Piotra I i wnukiem Henryka Hosera, jego ojciec Janusz Hoser prowadził firmę Bracia Hoser przed wojną. A z kolei siostra księdza arcybiskupa niedawno zmarła Julia Hoser-Krauze była doktorem habilitowanym z zakresu genetyki i hodowli roślin.

 

Pamięć o rodzinie Hoserów utrwalona została w licznych nazwach odmian roślin ozdobnych między innymi Thuja occidentalis ‘Hoseri’, Taxus baccata ‘Aurea Hoseri’, Betula ‘Hoseri’, Malus x purpurea ‘Hoseri’, Syringa vulgaris ‘Profesor Piotr Hoser’

 

 

Trzech Piotrów Hoserów

 

alt

----------------------------------------

 

LUCYNA IDASIAK

 

To ona "od ręki" napisała "Siedem Haiku na Ogród Japoński w Brzeźnie " (patrz dział: "Ogród Japoński"), bo to przyroda jest główną inspiracją jej wierszy. Drukuje je w lokalnej prasie „Przegląd Nekielski”, a także rozsyła przyjaciołom.

 

Jesienią 2013 wyjdzie drukiem jej pierwszy tomik pt. „Odkrywając radość” i 13.10.2013 o godz.15.00 odbędzie się jego promocja w kościele w Targowej Górce.

A oto garść jej poezji:

 

Przed decyzją
 

Pisanie wierszy... to jakieś bzdury.

Tym nie wyrobię emerytury.

Świat przewrócony nogami do góry.

Czy się odważę na ten krok w chmury?

 

Słowa wręcz same się rymują

Łapią mnie, łaszą się, lub snują

Myśli natrętnie penetrują

Czasem zwyczajnie denerwują

I proste życie komplikują.

 

Choć znacznie większe komplikacje

stwarzają ludzkie złe relacje.

Tu właśnie słowa pomagają

i atmosferę poprawiają.

 

Znaczenia słów nie chcę przeceniać

lecz mogą one sporo zmieniać

i sprawiać, że pękają mury.

To może warto wkroczyć w chmury?

 

 

Radość tworzenia
 

Gdy chandra znowu mnie dogania

 zasiadam szybko do zapisania

 myśli, co w głowie się tak kłębią

 niweczą spokój, duszę gnębią.

 Sposób od dawno jest mi znany,

 może jest mało używany

 z powodów zwykle prozaicznych,

 do tego jeszcze jakże licznych.

 Dziś spycham to co mnie odciąga,

 ulegam temu co pociąga.

 Co może złudą jest, marzeniem

 lecz co na pewno ukojeniem

 dla wszystkich moich starych pragnień,

 nieokreślonych nowych westchnień.

 Nim ciemność całkiem mnie przytłoczy

 i przyśni mi się sen proroczy

 jasnej, bezbrzeżnej szczęśliwości,

 piszę, czekanie wypełniając,

 ponure myśli za nic mając.

 I nie miraże cnej przyszłości,

 czy krąg nieznanych gwiazd światłości

 lecz czysta radość spływająca

 tu - teraz, to przydaje Słońca.

 

 

Na rowerze  

 

Oswoiłam polne drogi.

Szlaki rowerowe znaczę.

Ziemi nie tykają nogi.

Pedałując, na świat patrzę.

 

Czas odmierzam kół obrotem.

Wiatr zapachy do płuc wciska,

Melancholia ginie z potem.

Czysta rozkosz jest mi bliska.

 

W cieniu drzew rosnących rzędem ,

pośród obietnicy chleba,

owiana powietrza pędem,

jadę na spotkanie nieba.

 

 

Ufność

 

Trzeba coś stracić, by odzyskać miłość

 musi zaboleć, aby wstać z upadku

niezrozumiała życiowa zawiłość

skażona grzechem, który mamy w spadku

 

Długo nie widzieć sensu życia swego

i zamiast pereł zwykle łzy mieć w oku.

I nagle w cieniu skrzydła anielskiego

bez lęku kroczyć wśród grzeszności mroku.

 

 

Kto mi tak czyni?

 

Kto mi tak czyni, że łzami się zlewam?

Powoli, z trudem, a jednak dojrzewam

i radość życia głoszę tu na ziemi

                      strofami swymi.

Nie mnie jedyną Pan tak karmi łzami...

lecz daje każdej duszy, która się nie splami

by swoim pięknem przesłoniła nieba

                       takich potrzeba.

By w każdym, nawet małym ziarnku piasku

dostrzegać cząstkę Miłości Twej blasku,

która ogarnia najmniejszą istotę

                                 Boską pozłotę.

Źródło radości człowieka każdego

i niekoniecznie wierszem natchnionego.

Jeśli li tylko serce swe oddaje

                         radość dostaje.

 

 

I jeszcze garść:

 

 

Haiku na ogród japoński w Brzeźnie

 

                                  

 

I

czerwona brama

w japoński ogród wiedzie,

siadasz na ławce

 

                                                           II

                                                           tsukubai widzisz,

                                                           chcesz dłonie zanurzyć,

                                                           kto wodę wleje?

 

III

lampa cię zwabia

wśród kamieni stajesz,

za tobą morze

 

                                                           IV

moc czasu wielka

                                                           w skale zamknięta –

                                                           kamienie kruszy

 

V

odbicie nieba

w cichym lustrze stawu –

człowiek w zieleni

 

                                                           VI

wypukłosc mostka

                                                           na swój grzbiet zaprasza ,

                                                           triada z kamieni

 

VII

ogród zakładasz

prawie jak z marzeń –

mróz zetnie liście

 

                                                          VIII

                                                          brzozowa droga
                                                          prowadzi w ogród –

                                                          wolność dla marzeń

 

IX

ogród, oaza

ludzkiej samotności –

niezbędna w życiu

 

                                                          

                                                           X                                

w ogrodzie Elżbiety
spacerują bajki

                                                           – kto chce to widzi

 

----------------------------------------

 

Edmund Jankowski

1849 - 1938

 

Jeden z twórców nowoczesnego ogrodnictwa polskiego

Edmund Jankowski urodził się w 1849 r. w Warszawie. Za pomoc udzieloną powstańcom władze carskie skonfiskowały majątek rodzinny i rodzina osiedliła się w Warszawie, gdzie ojciec stał się drobnym urzędnikiem.

 

Po ukończeniu II Gimnazjum w Warszawie Jankowski wstąpił na Wydział Matematyczno-Fizyczny Szkoły Głównej Warszawskiej, wkrótce przekształconej w Uniwersytet Warszawski. Ponieważ rośliny pasjonowały go od dzieciństwa – wbrew radom rodziców wybrał zawód ogrodnika. Domowe trudności finansowe sprawiły, że zarówno w gimnazjum, jak i na studiach musiał zarabiać na swoje utrzymanie. W 1871 r. uzyskał stopień kandydata nauk na podstawie rozprawki "Sztuczne rozmnażanie roślin".

 

Aby poszerzyć własną wiedzę zgłosił się do pracy w warszawskim Ogrodzie Botanicznym, którym wtedy kierował Jerzy Aleksandrowicz - botanik, profesor b. Szkoły Głównej i Uniwersytetu Warszawskiego, rozumiejący konieczność szerzenia oświaty i nauki w dziedzinie ogrodnictwa, człowiek szczególnie życzliwy dla młodzieży. Jankowski odbył tam (i w Ogrodzie Pomologicznym) dwuletnią praktykę zakończoną uzyskaniem tytułu ogrodnika. Dzięki stypendium Aleksandry Potockiej - właścicielki Wilanowa, miłośniczki ogrodnictwa, a zarazem pragnącej wspierać ubogą młodzież, mógł wyjechać do Paryża, aby tam pogłębić swą wiedzę w Szkole Hodowli Drzew miasta Paryża. Wyruszył we wrześniu 1873 r. z kolegą ogrodnikiem, Franciszkiem Szaniorem nie jadąc wprost do celu, lecz zaopatrzeni w listy polecające odbyli dłuższą wędrówkę zwiedzając ogrody zarówno publiczne, jak i prywatne na ziemiach polskich, w Niemczech, Belgii, Holandii, Francji.

 

W Paryżu przez 2 lata studiował ogrodnictwo z naciskiem na sadownictwo. Do końca życia cenił wysoki poziom zajęć tam prowadzonych, a zaobserwowaną tam ideę bezpłatnych kursów doskonalenia zawodowego wykorzystał później, kiedy organizował działalność Towarzystwa Ogrodniczego w Warszawie. Szkołę francuską ukończył otrzymując I nagrodę miasta Paryża. W drodze powrotnej do kraju znów wędrował z przyjacielem zwiedzając ogrody w poszczególnych krajach.

 

Po powrocie do Warszawy został zatrudniony przez prof. Aleksandrowicza jako starszy ogrodnik w Ogrodzie Pomologicznym. Podjął pracę nad wprowadzaniem nowych odmian roślin, wartościowszych, niż dotychczas uprawiane. Dzięki jego staraniom Ogród Pomologiczny stał się znaną placówką hodowlaną i badawczą, w której skupiło się grono młodych, wykształconych ludzi dążących do zorganizowania ogrodnictwa w Królestwie Polskim. Założył sad sortymentowy składający się z licznych odmian drzew dostosowanych do naszego klimatu. Ich szczepy dostarczał szerokim kołom odbiorców rozpowszechniając w ten sposób szlachetne odmiany drzew w całym kraju.


Wspólnie z prof. Aleksandrowiczem zorganizował przy Ogrodzie Pomologicznym dwuletnią Szkołę Ogrodniczą (o statusie szkoły średniej), w której prowadził wykłady. Działała przez siedem lat, aż do jej likwidacji przez władze carskie w 1886 r. Z tych samych powodów: prześladowań przez carat ludzi, którzy jak Jankowski szerzyli oświatę wśród Polaków, musiał zrezygnować z pracy w Ogrodzie Pomologicznym. W następnych latach pracował więc jako nauczyciel botaniki w różnych szkołach prywatnych. Od 1916 r. wykładał w Wyższej Szkole Ogrodniczej późniejszej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W 1930 r. otrzymał tytuł doktora ogrodnictwa honoris causa SGGW.

 

Jankowski wcześnie podjął twórczość piśmienniczą i popularyzatorską. Pisał dziesiątki artykułów do „Gazety Polskiej”, „Opiekuna Domowego”, „Gazety Rolniczej”, „Dobrej Gospodyni”. W maju 1875 r. ożenił się z Marią Sikorską, córką redaktora „Gazety Polskiej”. Teść pierwszy zachęcił go do pisania książek i ogrodniczych. W 1879 r. razem z przyjaciółmi ogrodnikami - braćmi Kaczyńskimi i Franciszkiem Szaniorem - założył pierwsze poważne polskie czasopismo ogrodnicze "Ogrodnik Polski", które przez dwadzieścia lat pod redakcją Jankowskiego dostarczało prenumeratorom szerokiego zakresu wiadomości fachowych. W 1899 r. przekazał pismo Towarzystwu Ogrodniczemu.

 

W bogatym dorobku piśmienniczym Jankowskiego, obok setek artykułów, znajduje się ponad 40 tytułów różnych książek i broszur. Do najważniejszych należą "Sad przy chacie", "Kwiaty naszych ogrodów", "Kwiaty naszych mieszkań", "Ogrodnictwo przemysłowe", "Ogrody na piasku" oraz dwutomowe "Dzieje ogrodnictwa powszechnego". Zasady ogrodnictwa popularyzował również organizując i nauczając w niezliczonych kursach szkoleniowych. Namawiał do jak najliczniejszego udziału ogrodników w wystawach rolniczych, a później również ogrodniczych - doceniając ich znaczenie dydaktyczne.

Niesłychana pracowitość, dobra znajomość fachu i zdolność zjednywania sobie ludzi pozwoliły mu na stworzenie warunków do powstania w 1884 r. Towarzystwa Ogrodniczego - był jednym z jego organizatorów. Było ono namiastką towarzystwa naukowego przyrodniczego w Warszawie. Dzięki klauzuli mówiącej, że w trakcie obrad Towarzystwa można posługiwać się wszystkimi językami uzyskano możliwość publicznego używania języka polskiego, co stanowiło wielki sukces na owe czasy.


Był współwłaścicielem firmy "Ogrodnik Polski" zajmującej się handlem nasionami wartościowych odmian. Należały do niego także dwa sady hodowlano-doświadczalne: Janków w Warszawie na Rakowcu i Skarbonka pod Otwockiem.


Wśród tych tak licznych zajęć Jankowski znajdował również czas na rozliczne podróże. Zwiedzał ogrody w całej Europie, jeździł na wystawy ogrodnicze, sympozja. Był członkiem korespondentem Societe Nationale d`Horticulture de France i członkiem honorowym Czechosłowackiej Akademii Rolnictwa. Został odznaczony Komandorią Orderu Odrodzenia Polski, czechosłowacką Komandorią Orderu Białego Lwa, orderem francuskimi i belgijskimi.



Edmund Jankowski zmarł w Warszawie 19 grudnia 1938 r. Zgodnie z jego wolą na nagrobku umieszczono napis Ogrodnik - przyrodnik. (za biogramem W. Mierzeckiej)

 --------------------------------------------

 

Mikołaj Karpow-Lipski

1896-1981

 

alt

 

Mikołaj Karpow urodził się 12.10.1896 r. w Warszawie, jako syn Konstantego, urzędnika Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, i matki Anny z Lipskich (później imionami rodziców nazwie swoje piękne odmiany lilaków). Od najmłodszych lat miał zamiłowanie do ogrodnictwa, toteż po ukończeniu 3-letniej szkoły ogrodniczej w Warszawie przeniósł się do najlepszej wówczas uczelni ogrodniczej w zaborze rosyjskim w Humaniu (niejako zaplecza ogrodniczego słynnej Sofiówki).

 

Wojna przerwała jego studia i w 1916 r. został powołany do służby w wojsku carskim. Jego wojenne tułacze losy warte są powieści lub filmu. Był z wojskiem w Grecji i Albanii, internowany przez Francuzów trafił do Egiptu, gdzie w okropnych warunkach budował m.in. drogi. Znajdujący się tam Polacy napisali prośbę do władz francuskich, aby mogli zasilić szeregi tworzącej się właśnie we Francji armii polskiej pod dowództwem gen. J. Hallera, co się też stało. We Francji chorował na tyfus, leczył porażone gazem oczy, ale też mógł zwiedzać francuskie firmy ogrodnicze, między innymi słynny zakład Victora Lemoine’a w Nancy słynący (zresztą do dziś) ze swych lilaków.

 

Do Polski wrócił w 1919 r. wraz z armią Hallera. Zaczął pracować w Urzędzie Filmowym przy Dowództwie Wojsk Polskich w Warszawie i to on filmował zaślubiny Polski z morzem dokonane przez generała Józefa Hallera!). W końcu 1920 r. powrócił do ogrodnictwa. Utrzymywał się z rolnictwa, co wtedy nie przynosiło prawie żadnych dochodów, a marzył, by móc rozpocząć ukochane prace selekcyjno-hodowlane. Ale już wtedy miał wspaniałe wyniki: jego eksponaty ogrodniczo-sadownicze otrzymywały prawie zawsze najwyższe nagrody na przeróżnych wystawach.

 

Niestety, liczne przenosiny powodu licznych zmian siedzib zniszczyły najlepsze wyniki hodowlane z tego okresu. Dopiero w roku 1930. zdobył własny kawałek ziemi: 4,5 ha w Kończewicach pod Chełmżą. Nie miał gotówki na zagospodarowanie, toteż zaczął od posadzenia sadu na całej prawie działce, ale że rolnictwo było wtedy zupełnie nieopłacalne, poszedł pracować jako rządca u hr. Komorowskiego w Jakubowicach pod Lublinem. Następnie, od października 1938 r. w firmie C. Ulrich w Warszawie jako rzeczoznawcę do spraw nasiennych.

 

W sezonie zimowym mógł brać inne dorywcze prace: jego to dziełem są całkowite projekty trzech wewnętrznych zieleńców w Sądach Grodzkich w Warszawie, oraz park przy szpitalu wojskowym w Radomiu (wykonywane przed samą wojną w 1939 r.) Ciekawe, czy cokolwiek z tego przetrwało do dziś - choćby w postaci czytelnego planu nasadzeń?

 

Na początku wojny, wyjechał wraz z rodziną do Kostopola na Wołyniu, gdzie 17. września dostał się pod okupację sowiecką. Znajomość języka rosyjskiego i ogrodnictwa, a także rosyjsko brzmiące nazwisko sprawiło, że został głównym agronomem rejonu Ludwipolskiego. Po roku otrzymał stanowisko nadleśniczego ale trwało to krótko, bo rozpoczęła się z kolei okupacja niemiecka. Niemcy również docenili jego kompetencję i zatrudnili go w niemieckiej stacji doświadczalnej w Równem, jako specjalistę działu ziół leczniczych i roślin technicznych Był tam też nauczycielem szkoły Sadowniczo-Ogrodniczej. Tuż przed ofensywą sowiecką wyjechał do Warszawy, gdzie dostał pracę jako inspektor ogrodnictwa na powiat grójecki. W czasie powstania warszawskiego pomagał w aprowizacji oddziałów Armii Krajowej, brał udział w ratowaniu ludzi przysypanych gruzem, grzebaniu zabitych. Po upadku powstania zostaje internowany w obozie przejściowym w Pruszkowie, ale ucieka z transportu do Częstochowy.

 

Po wojnie wraca do Kończewic, gdzie zastaje wszystko zdewastowane. Ale nawet wojna i straszne przeżycia nie umniejszyły jego pasji do roślin; „Z tułaczki wojennej przywiozłem dużo rzadkich lub nowych roślin np: bazylii kamforowej, nasiona rycynusa sowieckiej selekcji, nasiona rodzynek i arbuzy własnej trzyletniej selekcji i wiele innych. O ile mi wiadomo, ja pierwszy wprowadziłem te rośliny do uprawy na Pomorzu, produkując w 1946 r. nasiona rodzynek 15 kg, rycynusa około 100 kg, pomidorów Open Air 50 kg”.

 

Choć prowadził selekcję drzew i krzewów owocowych: winorośli, porzeczek, agrestów, wiśni, czereśni, jabłoni i grusz (‘Bera' Karpow-Lipskiego była w doświadczeniach Instytutu Sadownictwa), jego nazwisko znane jest w świecie przede wszystkim jako nazwisko największego polskiego hodowcy lilaków (Syringa vulgaris).

 

Z opisów zamieszczonych w czasopiśmie „Arboretum Kórnickie” wiemy, że wyodrębnił 40 własnych odmian lilaków, z czego 35 odmian otrzymało wtedy właśnie Arboretum. Z jego artykułu znamy nazwy jego 30 odmian.

 

Ale żaden polski ogród botaniczny (w tym również Arboretum Kórnickie) nie posiada wszystkich z nich. Dziś Kórnik prezentuje tylko 11. Paradoksalnie - prawie wszystkie odmiany autorskie Karpow Lipskiego znajdują się w Kanadzie, figurują w spisach nawet na Nowej Zelandii i ogrodach USA, a i europejskie syringaria posiadają wiele z nich.

 

Moim zamiarem jest odnaleźć i zgromadzić możliwie jak najwięcej z nich i eksponować je w osobnej grupie „Polskie odmiany’.

 

Prócz lilaków sukcesem zakończyła się selekcja rabarbaru holsztyńskiego, odmiana znana jako ‘Wczesny Karpow-Lipskiego’, została wpisana do rejestru COBORU w 1966 r. a druga - ‘Przodownik Europy’, wpisana do rejestru w 1978 r. (znana jest od 2004 r. jako ‘Lider’). Odmiany te, wczesne, o czerwonych ogonkach liściowych i delikatnym smaku, są do dzisiaj uprawiane w wielu ogródkach, choć ich właściciele nie wiedzą, komu je zawdzięczają.

 

Karpow-Lipski prowadził też selekcję dalii, a także floksów (płomyków), astrów jesiennych, gladioli i piwonii. Do dzisiaj znane są jego piwonie ‘Ewelina’, ‘Barbara’, ‘Hanna’, ‘Jadwiga’ i ‘Krystyna’.

 

Zmarł 30 kwietnia 1981 r. i został pochowany na Cmentarzu Komunalnym w Toruniu.

 

alt

 

Na podstawie opracowania dr Bojarczuka, zamieszczonego na stronie internetowej Arboretum Kórnickiego.

------------------------------------------------------------------

 

Jan Król

1924-2000

 

Urodził się 26.01.1924 w Koźminie. Tam chodził do szkoły powszechnej, a później uczył się w Szkole Ogrodniczej, którą przerwał wybuch II wojny światowej. Początkowo pracował w gospodarstwie rodziców w Koźminie. We wrześniu 1942 roku został wywieziony do Niemiec na roboty przymusowe. Miał to szczęście, że mógł tam jako ogrodnik pogłębiać swoją wiedzę ogrodniczą pracując w ogrodnictwie w Gardenstaedt Essen, a później w Baumschule Micler Otto w Hamburgu. W 1943 przeniesiono go do organizacji Todt, gdzie w miejscowości Moers pracował jako robotnik budowlany. Stamtąd po udanej ucieczce w styczniu 1945 r. wraca do Koźmina.

 

Od kwietnia 1945 r. do sierpnia 1947 r. odbywa służbę wojskową w Wojsku Polskim, a później uczy się i pracuje jako instruktor zawodu w Liceum Koźmińskim. Szkołę Koźmińską na poziomie Liceum Zawodowego ukończył w 1950 r. jako eksternista.

 

Z dniem 1 stycznia 1952 r. przyjął posadę kierownika ogrodu przy Szkole Praktyków Specjalistów w Niechanowie k/ Gniezna. Po likwidacji Ośrodka Szkolnego w Niechanowie wraca do Koźmina, gdzie podejmuje pracę jako kierownik resztówki w Ustkowie pow. krotoszyński, zajmując się głównie produkcją warzywniczą i szkółkarstwem.

 

Z dniem 1 lutego 1956 r. przyjął posadę jako technik w Arboretum przy Zakładzie Dendrologii i Pomologii w Kórniku, a w kwietniu 1957 r. został przeniesiony na stanowisko kierownika Działu Mnożenia Roślin w Gospodarstwie Doświadczalnym przy Zakładzie Dendrologii i Pomologii PAN w Kórniku. Podejmuje trudną pracę odbudowy i rozbudowy Szkółek Kórnickich. Wprowadza technologicznie skomplikowane metody mnożenia i produkcji, co owocuje w postaci nowych, ciekawych i wartościowych odmian roślin ozdobnych.

 

Jego wieloletnia praca została uwieńczona ok. 50 oryginalnymi odmianami drzew i krzewów. Wyhodowane przez J. Króla różaneczniki, magnolie, żywotniki czy świerki rosną na terenie całego kraju. Nazwy nowych odmian nadawał na cześć zasłużonych ogrodników kórnickich, historycznych postaci i bohaterów literatury.

Niestety, choć tak dobrze przystosowane do polskich warunków - zostały zupełnie zapomniane z wyjątkiem kilku odmian, z których najbardziej znany jest Larix decidua „Kórnik” i Thuja occidentalis, również „Kórnik’

 

Był wychowawcą i nauczycielem wielu wybitnych dziś przedstawicieli nauki i praktyków w branży szkółkarskiej. Z dniem 1 stycznia 1985 roku przeszedł na emeryturę.

Za swoją pracę, wiedzę i uczciwość został odznaczony:

  • srebrnym Krzyżem Zasługi

  • Odznaką Za Zasługi w Rozwoju Woj. Poznańskiego

  • Medalem XXX lecia

  • Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski

  • Licznymi dyplomami i medalami honorowymi

 

 

Zmarł 5 lutego 2000 roku i został pochowany na cmentarzu w Kórniku, gdzie leżą też prof. Bugała, Antoni Wróblewski i prof. Białobok.

 

To tyle suchych faktów życiorysu.

Od siebe dodam, ze był moim pierwszym mentorem na „drodze ogrodowej”. Od lat siedemdziesiątych, gdy zaczęłam samodzielnie zajmować się ogrodem, jeździłam często do Kórnika (a czym były wtedy Zakłady Kórnickie mogą zrozumieć tylko ludzie żyjący w tamtej rzeczywistości: było to praktycznie jedyne w kraju miejsce, gdzie można było zaopatrzyć się w ciekawsze rośliny, które - jak wszystko wtedy  - „zdobywało się”).

 

A więc jeździłam tam nie tylko, aby „coś zdobyć” - często po prostu po to, aby porozmawiać z panem Królem, nauczyć się czegoś nowego, a miał on dla wszystkich czas i chęć pomocy.

-----------------------------------------------

 

Józef Marciniec, junior 

1880 - 1971

 

Ogrodnik, dendrolog, szkółkarz wielkopolski.

 

 

Absolwent poznańskiego gimnazjum odbył kilkuletnie praktyki w Zachodniej Europie, podczas których ukończył dwuletnie kursy ogrodnicze. W latach 1919-1952 kierował Szkołą Ogrodniczą w Koźminie (istniejącą od 1867 r., od 1904 r. należącą do Izby Rolniczej Poznańskiej). Postawił ją na bardzo wysokim poziomie - szkolne zakłady obejmowały też szkółki ze wszystkimi działami szkółkarstwa (w 1936 r. powierzchnia zakładów osiągnęła 27 ha).

 

Szkoła i zakłady reprezentowały świetny poziom np. oferowały 42 winorośle gruntowe - wiele polskiej hodowli, 30 odmian bzu, róże i byliny (tu tez wiele polskich). Szkołę tę ukończył Jan Król, znakomity i wieloletni szef Szkółek Kórnickich. (za: J. Dolatowski  - ”Szkółkarstwo polskie”)

 

 

Józef Marciniec, senior 

1853 -1938


Urodził się w 1853 roku w Kwiliczu. Uczył się ogrodnictwa w ogrodach hrabiego Kwileckiego. Po ukończeniu nauki otrzymał posadę ogrodnika w ogrodach królewskich w Sans-Souci pod Poczdamem, następnie w Neu-Ulm, Stuttgarcie, Wernigerode oraz w Mgłowie na Pomorzu i w Toruniu. Od 1895 roku był założycielem Międzynarodowego Związku Ogrodników w Poznaniu.

 

W 1901 roku Marciniec został powołany na prezesa Towarzystwa Ogrodniczego, które organizowało różnego rodzaju wycieczki, wystawy, pogadanki. W 1919 roku powołano go prezesem Wielkopolskiego Związku Towarzystw Ogrodniczych. Zmarł w 1938 roku w Poznaniu.

 

(za: Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan na Wzgórzu św. Wojciecha)

------------------------------------------------

 

 Walenty Edward Potworowski OP

 

Nie pamietam już, w jakich okolicznościach poznałam Ojca Walentego Potworowskiego. Sądzę, że było to w czasie mej krótkiej pracy w Redakcji „W drodze” - kiedy za obopólną zgodą „przezimowałam” tam w stanie wojennym do czasu urodzenia mego czwartego dziecka (przyjęta do pracy 14.12.1981!).

 

W tych ponurych czasach ludzie odczuwali potrzebę spotkań, wspólnych rozmów i chciało się nam - mimo ogromnych trudności aprowizacyjnych – urządzać przyjęcia, czy wystawniejsze kolacje. Takie spotkania odbywaly się z udziałem Ojca u Jana Grzegorczyka, Olafa, u mnie. Wtedy też po raz pierwszy dostrzegłam umiejętność Ojca rozmawiania z ludźmi o zupełnie różnych orientacjach światopoglądowych i politycznych –bez utraty własnego zdania. Takie spojrzenie na „innego”, z chrześcijańską miłoscią i szacunkiem, lecz bez skrywania własnej tożsamości jest dla mnie czymś o wiele lepszym, niż lansowana obecnie „tolerancja”, ktora najczęściej jest obojętnością. Tak się np. zdarzyło, że był u mnie na wspólnej z nim kolacji „biskup” z żoną jednego z mniejszych kościołów protestanckich (o czym wcześniej nie miałam pojęcia) i byli oni zachwyceni rozmową z Ojcem.

 

To autorytetowi Ojca Walentego zawdzięczam uzyskanie zgody poznańskiego Klasztoru na zrobienie dla mnie kopii Pasyjki Krzyża Procesyjnego - dzieła prof. Kopczyńskiego. Mimo początkowych trudności zgodę tę - dzięki Ojcu - otrzymałam, a Ojciec Walenty osobiście poświęcił Krzyż i cały teren Ogrodu.

 

Jednak największe wrażeniej zrobiło na mnie spotkanie Ojca z młodzieżą niemiecką.

 

W końcu lat osiemdziesiątych mieszkając w Niemczech prowadziłam tam kursy języka polskiego w Volkshochschule – odpowiedniku naszych Uniwersytetów Ludowych, ale oddziałującej na nieporównanie większą skalę w lokalnej spoleczności. Pełniąc w tym miesteczku rolę nieoficjalnego ambasadora naszej kultury kilkakrotnie przywoziłam ich do Polski. Jedna z tamtejszych grup młodzieżowych z ewangelickiej parafii w miejscowości w której mieszkałam, jechała pracować w ramach Aktion Suehnezeichen do Stutthoffu. Postanowilam im pokazać funkcjonowanie DA oo. Dominikanów w Poznaniu. Wszystko zostalo wcześniej umówione, grupa miała nocleg w naszym mieście, ale dosłownie tuż przed spotkaniem dowiedziałam się, że nikt nas tam nie oczekuje. Aby ratować sytuację, w popłochu zwrociłam się do Ojca Walentego, który „z marszu” zgodził się poprowadzić spotkanie, choć przeciez nie był duszpasterzem akademickim.

 

I był to niezapomniany wieczór, młodzież słuchała jak zaczarowana (nie mogę dziś odżałować, że nie zrobiłam na gorąco notatek), a gdy wrócili po dwutygodniowym pobycie w Polsce powiedzieli mi, że było to najlepsze, najbardziej interesujące z wszystkich polskich spotkań.

 

No to nie mogłam nie opowiedzieć im historii rodziny Ojca – czego wcześniej nie planowalam.

- że wojna wywołana przez ich naród zburzyła całe jego życie, bo gdyby nie niemiecka agresja bylby sobie nadal zwyczajnym „jaśnie panem” gospodarującym na tych marnych 1300 ha i zajmującym się polowaniem, końmi i pracą spoleczną

 

- że za sprawą Niemców i następstw tej wojny został wyzuty z ojcowizny i nawet z osobistego majątku, a przede wszystkim stracił swych bliskich zamordowanych w strasznych warunkach: ojca rozstrzelanego jako jednego z 20 zakładników na rynku w Gostyniu w pierwszych dniach wojny i szwagierkę – lekarz, zabitą wbrew konwencjom w szpitalu powstańczym w Warszawie (spalona razem z rannymi powstańcami).

 

- że listy proskrypcyjne ewentualnych zakładników były przygotowane przez kolonistow niemieckich już przed wojną i wśrod rozstrzelanych była cala okoliczna elita (choc różna statusem społecznym, bo np. wtedy i naczelnik stacji i dyrektor szkoły to był „ktoś”). Jego Ojciec znacznie wyrastał autorytetem i pełnionymi funkcjami nad okoliczne ziemiaństwo, więc nie wiadomo jak ułożyłyby sie powojenne losy Polski, gdyby ludzie o takim prestizu przeżyli wojnę

 

Chcę tu podkreślić, że wcześniej Ojciec nigdy o tym nie wspominał, nie roztkliwiał się, ani nie oceniał - swoje wiadomości czerpalam z folderu wydanego przez miasto Gostyń na kolejną rocznicę egzekucji, który mi kiedyś podarował. Nie odmówił też spotkania, bądź co bądź, z Niemcami i słuchania niemieckiej mowy – co byloby przeciez naturalną reakcją na taką traumę i co często praktykują Zydzi, np. młoda żydowska pisarka odmówiła zgody na tłumaczenie swej książki na niemiecki i ewentualne tam spotkania pisząc że „jest to język skażony na wieki”.

 

 Wysłuchali tego w calkowitym milczeniu, byc może mając w pamięci reakcję „wypędzonych” znanych ze swych rodzin. Nie wracalismy już nigdy poźniej do tego tematu. Ale wierzę, że ziarno zasiane przez Ojca w ich duszach przyniosło lub przyniesie plony, o ktorych dowiemy się już po drugiej stronie.

------------------------------------------------

 

Jerzy Tumiłowicz

 

Urodził się w 1931 r. w Warszawie, gdzie rodzice pochodzący z Kresów Wschodnich osiedlili się po I Wojnie Światowej. Po Powstaniu Warszawskim i pobycie w obozie w Pruszkowie rodzina znalazła się w Opoczyńskiem. Po wojnie naukę kontynuował w gimnazjach w różnych miejscowościach,  a maturę zdał w Liceum w Gdańsku w 1949 r. i zaraz wstąpił na Wydział Leśny SGGW, który  ukończył w 1953 r. Pracę magisterską pod kierunkiem prof. R. Kobendzy napisał o modrzewiu polskim.

 

Rozpoczął pracę jako asystent na SGGW, potem pracował w Olsztyńskiem, a od 1959 r. w Leśnym Zakładzie Doświadczalnym SGGW w Rogowie, gdzie w 1961 r. został zastępcą kierownika Arboretum. Gdy w 1966 r. jego dotychczasowy kierownik - Henryk Eder przeszedł w stan spoczynku - objął to stanowisko i kierował Arboretum aż do 2002 r., gdy przeszedł na emeryturę.

 

Prof. Tumiłowicz kontynuował prace swych poprzedników - utrzymywanie w należytym stanie kolekcji i ciągłe wzbogacanie jej w oparciu o wymianę międzynarodową, tak że w 2002 r. kolekcja liczyła 2400 gatunków i odmian - w tym szczególnie cenne i bogate kolekcje klonów i gatunków pochodzenia chińskiego, bowiem ze swych licznych podróży naukowych i prywatnych (m.in. Indie, Chiny, USA, Afryka ) prócz cennych doświadczeń przywoził zawsze zielniki i nasiona wzbogacające Rogowskie Arboretum. Dzięki dobrej promocji liczba osób zwiedzających Arboretum zwiększyła się w ostatnich latach do 50 tys. rocznie.

 

W 1993 Jerzy Tumiłowicz został profesorem w Zakładzie Botaniki Leśnej SGGW pozostając nadal kierownikiem Arboretum. Pełnił i pełni wiele funkcji w Sekcji Dendrologicznej PTB, współpracuje z wieloma ogrodami botanicznymi, jest członkiem Rad Naukowych m.in. Ogrodu Dendrologicznego w Glinnej. Ostatnio zakłada nowe Arboretum w Kudypach pod Olsztynem. Jego dorobek naukowy to 75 artykułów naukowych i 50 pozycji popularno -naukowych. Otrzymał  liczne nagrody i odznaczenia państwowe.

 

Został wybrany Prezesem reaktywowanego w 2009 r. Polskiego towarzystwa Dendrologicznego, założonego w 1924, a zlikwidowanego z przyczyn politycznych w 1950. 

 

------------------------------------------------------------

 

 

ANTONI WRÓBLEWSKI

1881-1944

 

Ur. 15.07.1881 w Bykach, zm. 19.04.1944 w Kórniku. W młodości bardzo czynny politycznie (bojowiec PPS, emisariusz z ramienia partii do USA - kilkakrotnie więziony za swą działalność. Był samoukiem, który większość swej wiedzy zdobył sam i poprzez praktykę. 1900-1903 pracował w Warszawie w szkółkach Hoserów i Ulricha, był wolnym słuchaczem na Uniwersytecie Jagiellońskim (stąd przyjaźń z Władysławem Szaferem) a później pracując w ogrodnictwie F. Jamaine’a pod Paryżem równocześnie studiował w Muzeum Historii Naturalnej (tamże).

 

W 1908 r. wrócił do kraju i zaczął pracować w Zakładzie Sadowniczym w Zaleszczykach, gdzie już wkrótce sam zaczął uczyć innych. Po ukończeniu kursów Towarzystwa Ogrodniczego w Krakowie został instruktorem sadownictwa w Kołomyi (1912), a już w 1916 r. - inspektorem ogrodnictwa Towarzystwa Gospodarczego Małopolski Wschodniej (zainicjował wydawanie „Miesięcznika Ogrodniczego”) wreszcie od 1920 r. został docentem w Krajowej wyższej Szkole Lasowej we Lwowie. Jednocześnie cały czas pracował naukowo, np. dla Muzeum Dzieduszyckich i dla Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie.

 

Usilnie namawiany przez prof. Szafera, który był wtedy kuratorem Fundacji Kórnickiej, objął stanowisko dyrektora Ogrodów Kórnickich w 1926 r. przewożąc tam również swe kolekcje drzew i krzewów.

 

Z wykształcenia botanik, mykolog i dendrolog, a jednocześnie wybitny ogrodnik z wielkim doświadczeniem praktycznym, doprowadził Arboretum do rozkwitu.

 

Zaczął gromadzić i uzupełniać istniejące kolekcje dendrologiczne (stworzył jedną z największych w świecie kolekcji Populus i Spiraea), a także sprowadził kolekcje lilaków Lemoine’a z Nancy. Zakładał sady doświadczalne, powiększał też dział szkółkarski, który po 17 latach jego działalności zajmował juz powierzchnię 20 ha .Rozmnażał w szkółkach drzewa i krzewy dla potrzeb parku, a nadwyżki sprzedawał - także za granicą.

 

Miał ogromna wiedzę dendrologiczną i wspaniałe doświadczenie praktyka, co uzupełniał wrodzoną systematycznością w prowadzeniu dokumentacji.

Usilnie zabiegał - jako dyrektor „Ogrodów Kórnickich” o ich przekształcenie w zakład naukowy, w czym pomagał mu walnie prof. Szafer, z którym łączyła go dawna przyjaźń z czasów jego asystentury na Uniwersytecie Jagiellońskim u prof Mariana Raciborskiego w Krakowie. To Wróblewski był autorem projektu Statutu Organizacyjnego Działu Dendrologii i Pomologi, oraz programu badań.

 

Mimo skromnych możliwości rozwijane były prace hodowlane i selekcyjne nad podkładkami drzew owocowych i nad niektórymi roślinami ozdobnymi. Wynikiem tych prac były między innymi nowe odmiany drzew i krzewów ozdobnych: jabłoni, wiśni japońskich, cisów, żywotników, forsycji , jaśminowców i innych, uprawiane dzisiaj w Polsce i poza naszym krajem. Powiększone i rozbudowane zostały kolekcje dendrologiczne w Arboretum. Liczba odmian i gatunków wzrosła do około 2500 pozycji, co stawiało Arboretum Kórnickie w rzędzie najbogatszych tego typu obiektów w Europie. Wartość zgromadzonych w Kórniku przez A. Wróblewskiego kolekcji polegała również na tym, że posiadały one pełną dokumentację. Zachowały się szczęśliwie przez okres wojny księgi inwentarzowe prowadzone od 1926 r. Pod jego kierownictwem szkółki doświadczalne rozrosły się do 20 ha, a sady mateczne liczyły 11 ha.

 

Antoni Wróblewski od początku nawiązał dynamiczne kontakty z pokrewnymi instytucjami naukowymi i ogrodami botanicznymi w wielu krajach świata, wprowadzając Ogrody Kórnickie do sieci międzynarodowej wymiany nasion i roślin. Brał udział w konferencjach i kongresach naukowych w kraju i za granicą, wzbogacał wydatnie kolekcje drzew i krzewów w parku kórnickim, m.in. topoli i brzóz. Ponadto rozpoczął organizowanie muzeum dendrologicznego, w którym zgromadził wiele ciekawych eksponatów oraz założył bibliotekę fachową z wieloma cennymi dziełami naukowymi. Nakładem Fundacji rozpoczęto też w 1936 r. wydawanie czasopisma „Wiadomości z Ogrodów Kórnickich". Rozwinięta została produkcja szkółkarska, co poza upowszechnianiem w uprawie nowych drzew i krzewów, zapewniało także własne środki przeznaczane na utrzymanie kolekcji w Arboretum i w sadach pomologicznych

 

Najazd niemiecki na Polskę i II wojna światowa przerwały pracę Działu Dendrologii i Pomologii oraz rozwój całego Zakładu Badania Drzew i Lasu. .A. Wróblewski został usunięty przez Niemców ze stanowiska dyrektora, pozostał tam jednak pracując jako ogrodnik aż do śmierci wiosną 1944 r.

W ramach utworzonego przez Niemców Reichsstiftung für Deutsche Ostforschung (Fundacja dla Niemieckich Badań Wschodnich) wyznaczono kórnickiej placówce zadania koncentrujące się przede wszystkim na zagadnieniach hodowli odpornościowej na mrozy i suszę. W Kórniku Niemcy lokowali także kolekcje dendrologiczne rabowane w okupowanej Rosji, wśród których znalazła się kolekcja odmian wyhodowanych przez słynnego ogrodnika rosyjskiego Iwana Miczurina.

O ile okres do stycznia 1942 r. (wtedy dyrektorem pozostawał jeszcze A. Wróblewski pod kuratelą prof. W. Gleisberga z przejętego przez władze niemieckie uniwersytetu w Poznaniu) charakteryzował się w miarę uporządkowaną kontynuacją prac przedwojennych, o tyle następne lata niemieckiego zarządu przyniosły ogromne zaniedbania i niszczącą eksploatację kolekcji drzew i krzewów. Antoni Wróblewski, pracujący jako robotnik, a także inni polscy pracownicy, prowadzili jednak systematycznie inwentarze roślin oraz księgi kolekcji i mateczników, ocalili je wraz z dokumentacją, (mimo że Niemcy wywozili całe kolekcje) co pozwoliło bezpośrednio po wojnie, a już po śmierci A. Wróblewskiego na podjęcie pracy organizacyjnej i naukowej.

Wejście Armii Czerwonej znów zagroziło kolekcjom, bo początkowo i również oni mieli zakusy na wywiezienie z takim trudem ocalałej kolekcji. Dopiero oddanie Rosjanom ich kolekcji Miczurina spowodowało zmianę nastawienia i pozostawienie kolekcji w Kórniku.



Pochowany jest na cmentarzu kórnickim razem z profesorem Białobokiem, Janem Królem i ostatnio profesorem Bugałą.

Na jego grobie postawiono skromny nagrobek ze składek polskich ogrodników i dendrologów.