Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Polish (Poland) English (United Kingdom) German (Germany)


Opowiadanie o moim ogrodzie PDF Drukuj

Od zawsze chciałam mieć swój ogród. Początkowo była to mała grządka, którą pracowicie obsadzałam bratkami otrzymanymi od mamy (miałam 6 lat). Potem, gdy dorastałam zawsze żyłam w domu z ogrodem, ale była to zagospodarowana już działka i nie mogłam z różnych względów wprowadzać większych zmian. Nieco później prowadziłam jeszcze dwa przydomowe ogródki, z których ten drugi założyłam sama od zera na trudnym, choć malowniczo opadającym stoku z czystą gliną, bardziej nadającą się do wyrobu kafli, niż do uprawy rolnej.

 

I wreszcie miałam dość mikroskopijnych ogródków (choć potem poznając sztukę ogrodów japońskich zrozumiałam, że tak naprawdę wielkość terenu nie jest najważniejsza: Japończycy potrafią zrobić arcydzieło na 5 m2...)

 

Zaczęłam szukać większego kawałka ziemi do kupienia - początkowo chciałam znaleźć stary park podworski (bez pałacu czy dworu) i rekonstruować go twórczo. Chodziło mi przede wszystkim o stary drzewostan, bo gdy się ma pieniądze - można wybudować nawet Pałac na Wodzie z warszawskich Łazienek (co się niedawno stało w Konstancinie) - ale starych, ponad 50-letnich drzew już się za żadne pieniądze nie przeniesie. A jak to pięknie ujął Leopold Staff w swym wierszu: „czy jest coś piękniejszego niż wysokie drzewa?”

 

Była połowa lat 90. i to marzenie było jeszcze realne, ale niestety oferowane wtedy parki były już dla mnie finansowo nieosiągalne.

Wobec tego pomyślałam, że sama zrobię „swój” park. Choć musiałam zaczynać od zera - miało to również swoje dobre strony, bo dawało mi wolność: kupując puste, porolne pole mogłam zaplanować wszystko, czego tylko zapragnęłam (ograniczona „tylko”: bagatela - pieniędzmi!) i potem powoli to realizować. Najlepiej ujął to mój najstarszy syn, który włożył bardzo dużo pracy w założenie Ogrodu: gdy później wytyczaliśmy perspektywicznie przyszłe aleje i osie widokowe, stwierdził:

 

 

Mamo, jesteśmy jak bogowie! Powiemy: tu będzie szła droga, i tak będzie!

Zdecydujemy - druga aleja będzie szła tam - i tam będzie przebiegała.

Czyż to nie cudowne?”

 

 

 

Szukając ziemi do kupienia kierowałam się kilkoma zasadami: dobry dojazd, ale cicho.

Blisko ludzkich siedzib (gdyby co), ale miejsce odosobnione. Urozmaicony teren, nie płaski (bo nudny), z dalekimi perspektywami widokowymi .

 

I znalazłam - teren na morenie, 25 km od mego miejsca zamieszkania, z asfaltową drogą dochodzącą aż do mojej prywatnej drogi (nie chciałam dzielić się nią z gospodarzem, od którego odkupiłam moje 5,5 ha, bo chciałam ją mieć zadbaną, bez wybojów i kałuż, obsadzoną drzewami, a nie rozjeżdżoną traktorami). Dziś wygląda ona tak:

 

 

alt


Już długo po kupieniu tego terenu dotarłam do zasad wyboru miejsca na idealną siedzibę według feng-shui. Wszystko się zgadzało! Moja ziemia to początkowo płaski szczyt moreny opadający dość stromo w kierunku południowym, a więc niecka wygrzewająca się w słońcu osłonięta od wiatrow północnych. A u jej „stóp” - zarośnięty staw, który potem powiększyliśmy i oczyściliśmy (lecz znów tego wymaga). I dalekie widoki z góry na pola, które - gdy w maju kwitnie na żółto rzepak - pięknie kontrastują z zielenią lasu na horyzoncie.

 

alt

 

Ogród znajduje się dokładnie na linii przelotu stad dzikiego ptactwa. Widuję je dwa razy do roku - wiosną, gdy z północnego wschodu lecą mi nad głową kierując się na południowy zachód aby ominąć miasto. I potem w czasie przelotów jesiennych, gdy czasem gubią się we mgle i potem kołują nad nami. Kiedyś - od piątku do niedzieli - naliczyliśmy 156 stad, głównie gęsi, ale też łabędzi, żurawi.

 

alt

 

Niestety, postawione niedawno elektrownie wiatrowe w pobliskim Starczanowie bardzo zakłócają ptasią nawigację. Widzimy ostatnio jak często się gubią, kołują nad nami i zawracają po kilka razy starając się ich uniknąć, choć ich instynktowna ptasia nawigacja skierowuje je w tę stronę. Ptaki nigdy nie osiedlą się w pobliżu farm wiatrowych.

 

Żurawie zresztą „mieszkają” u nas na dole - głównie je słyszę (długi czas nie wiedziałam, że „ten” krzyk należy do nich), ale też czasem o zmierzchu przelecą nam nad głową i wtedy widać jak bardzo jest „trafione” logo LOTu.

Jest dużo myszołowów, bażanty żyją w pobliskim lesie, na początku widywałam kuropatwy, ale lisy, (których jest tu mnóstwo) nie pozwalają im wyprowadzić młodych.

 

Niestety jest coraz mniej skowronków. Nigdy wcześniej nie spotkałam miejsca, gdzie byłoby ich tyle, jak było to w początkowym okresie po kupnie. Gdy sadziliśmy wtedy żywopłoty, mogłam słyszeć w ciągu popołudnia nawet i 50 śpiewających ptaków. Ale postępująca chemizacja rolnictwa, opryski i przede wszystkim wałęsające się wiecznie koty przetrzebiły je znacznie (skowronki gniazdują na ziemi) i teraz słyszę ich zaledwie z 2-3 na tydzień...

 

Jedynym minusem, z którego nie zdawałam sobie wtedy sprawy, była gleba V i VI klasy, a nawet pozaklasowa (teren byłej żwirowni i powstałe tam dzikie wysypisko śmieci, które należało najpierw rekultywować). Miałam już ogrodnicze doświadczenie, więc sądziłam, że się po prostu „trochę bardziej” pomęczę przy sadzeniu i pielęgnacji roślin.

 

Niestety - różnice między klasami ziemi są jednak ogromne i dlatego niewspółmiernie dużo trudu muszę włożyć, aby rośliny chciały rosnąć. Aby cokolwiek posadzić nie wystarczy ”dziura w ziemi”, włożenie w nią rośliny, zasypanie i udeptanie. My kopiemy najpierw dół o średnicy min. 60 cm i głębokości 80 cm, taczkami zwozimy ziemię (moją kompostową, ale też co jakiś czas kupuję parę wywrotek „lepszej” ziemi) i dopiero potem można wykonać zwykłe czynności. Są takie miejsca, że gdy potrzebujemy piasku lub żwiru - po prostu idziemy go ukopać. Oczywiście preferuję rośliny dające sobie radę w tak trudnych warunkach i mimo wszystko sporo jest takich, ale gdybym się tylko do nich ograniczała - ogród byłby za nudny.

 

Przy obmyślaniu go (a jakie to wspaniałe zajęcie: snucie projektów!) miałam to szczęście, że wcześniej sporo jeździłam po Europie i zwiedziłam wiele wspaniałych ogrodów, dawnych i nowych. Bo nigdy nie jest tak, ze robi się całkowicie nowatorskie założenie; zawsze procentuje doświadczenie, czyjaś wcześniejsza - i to niejedna - idea, którą się potem rozwija, a podpatrzone pomysły twórczo potem modyfikuje.

 

W planowaniu pomagała mi otrzymana przypadkowo w prezencie „Dendrologia” prof. Senety, która w krótkim czasie stała się moją "biblią" studiowaną dla przyjemności. Kupiłam później kilka innych podręczników dendrologii, ale ta - obok książki prof. Bugały - pozostała najważniejsza. Początkowo nie przewidywałam stawiania ogrodzenia (obwód całości -1,4 km!) sadząc wspólnie z dziećmi 8000 szt. ałyczy wokoło jako przyszły żywopłot. Ałyczę otrzymałam bardzo tanio, a część wręcz za darmo od znajomych ogrodników jako „odrzuty” po szczepieniach i okulizacji. Sądziłam - o naiwna! - że święte prawo własności znów u nas obowiązuje i cudze to cudze. Niestety, szybko zostałam sprowadzona na ziemię i zrozumiałam, że bez płotu „nie da się”.

 

Ale jaki tego koszt? Samych słupków potrzebowałam około 150! Lecz i tu miałam dużo szczęścia - zaprzyjaźniony leśnik opiekujący się moim „lasem” (bo oprócz ałyczy: żywopłotu posadziłam naokoło wzorem Chłapowskiego 10 metrowy wiatrochronny pas lasu) powiedział mi, że Nadleśnictwo do grodzenia szkółek leśnych sprowadza siatkę aż z Częstochowskiego, bo tam jest dwa razy tańsza, niż tu w Wielkopolsce. Więc ja też „sprowadziłam”. Może gatunkowo nie była najlepsza, ale pomyślałam, że na te 10 lat do czasu, aż wyrosną żywopłoty, wystarczy. Obecnie mija lat 19 (2013) i parkan stoi, bo ałycza umiejętnie przycinana wrosła w niego i wspólnie się „wspierają”.

 

I płot powstał - co, jak się okazało, było dużą niespodzianką dla okolicznych dzików, które lubiły letnim wieczorem przyjść potaplać się w mym dolnym stawie. Idąc o zmroku nie zauważyły wyrosłej przeszkody i zrobiły niezłe wklęśnięcie w siatce, ale płot wytrzymał.

Niestety, już nauczyły si pokonywać płot przerywając siatkę - zwłaszcza w 2010 roku wyrządziły mi duże szkody.

 

Centralną osią „Elżbietówki” nazwaną imieniem Włodzimierza Senety (wszystkie większe drogi w Ogrodzie noszą imiona ważniejszych polskich dendrologów, szkółkarzy i ogrodników) jest aleja moich ulubionych drzew - platanów.

 

alt

 

Mimo że wszystkie są sadzone w jednym roku, to różnice w wielkości są ogromne; praktycznie są nieporównywalne. W 2010 dwa drzewa wypadły i moi synowie przesadzali spore już platany na właściwe miejsce, a oto kilka zdjęć pokazujących skalę trudności.

 

alt

 

alt

 

alt

 

alt

 

Lata połowy lat dziewięćdziesiątych były bardzo upalne i suche, a nasza gleba - miałka, sypka, o konsystencji piasku - zupełnie nie utrzymywała wilgoci. Bywało wtedy często tak, ze groźne chmury deszczowe „chodziły” wręcz naokoło, że padało dosłownie 300 m dalej, a u nas nie spadała ani kropla. Znajomy meteorolog wytłumaczył mi to w ten sposób, że moja „goła” nieporośnięta prawie morena nagrzewa się bardzo mocno i ciepło promieniując tworzy prądy wznoszące „przepędzające” deszczowe chmury. Czy to było przyczyną - nie wiem. Faktem jest, że po kilku latach i licznych obsadzeniach krzewami i drzewami, a także założeniu trzech stawów na folii - i u mnie zaczął padać deszcz.

 

alt

 

Ale w pierwszych latach zrozpaczona patrzałam na więdnące w upale małe sadzonki żywopłotów i lasu. A ponieważ nie była tam jeszcze założona woda - woziłam w kanistrach wodę z miasta, a potem do nocy chodziłam z dziećmi po terenie, podlewając w pośpiechu. Ponieważ oczywiście to nie wystarczało, sąsiad-rolnik pozwalał wyciągać wiadrami wodę ze swej studni, przelewaliśmy ją do kanistrów i dalej podlewaliśmy...

 

Od początku wiedziałam, że w całości założenia wydzielone będą „pokoje ogrodowe”, tzn. integralne części wyodrębnione z całości żywopłotami. Okazało się to też bardzo pożyteczne, jako że od strony „pięknego, dalekiego widoku” od południowego zachodu i zachodu nadlatywały silne, latem bardzo gorące wiatry, które wspiąwszy się na szczyt sąsiedniego wzgórza spadały z całą siłą na moje młode rośliny, toteż w pierwszych latach wiele wysiłku włożyłam w zagradzanie im drogi (pasy ochronne Chłapowskiego stosowane u nas w Wielkopolsce już w XIX w., permakultura itp.) Teraz, gdy drzewa i krzewy są już duże (od posadzenia najstarszych minęło 19 lat), praktycznie nie mam z tym problemu.

 

 alt

 

Także z dwóch potężnych huraganów Ogród wyszedł zwycięsko. Lipcowa wichura 2009 nie wyrządziła mu najmniejszej szkody, mimo że Ogród znajdował się na „linii rażenia” wiatru - myślę, że wiatr skutecznie musiał wyhamować przeciskając się przez żywopłoty, oraz drzewa i krzewy o zróżnicowanej wysokości, a huragan „Cyryl” ze stycznia 2007 obluzował jedynie nieco parę wysokich daglezji i modrzewi. Wzmocnione sznurami –przeżyły. Zaprzyjaźniona ze mną mieszkanka tej samej wsi twierdzi że u mnie jest zawsze o mniej więcej 2 stopnie cieplej: bariery żywopłotowe i liczne nasadzenia nie pozwalają nocnym wiatrom wywiać nagromadzonego w dzień ciepła.

 

 alt

 

 

alt

 

Do tej pory (III 2013) prawie na ukończeniu jest Ogród Japoński i Rosarium, choć ciągle jest w nich coś nowego do roboty (bardzo ucierpiały róże - zwłaszcza girlandy różane - w czasie zimy 2010-11). Moje Syringarium i Kalinowy Ogród bardzo się rozrastają, a właśnie (II 2011) zaczęłam prace przy Herbarium i Ogrodzie Barokowym. Dzięki ludzkiej życzliwości powstał Park Geologiczny Ziemi Kostrzyńskiej.

 

Planów i projektów mam na dalsze 30 lat, tylko trzeba by mieć siły i - drobiazg! - fundusze. Muszę jeszcze wspomnieć o wielu życzliwych mi ludziach (Dobroczyńcy Ogrodu), bez których życzliwości, rady, pomocy czy obdarowania - ten ogród nigdy by w takim czasie nie powstał. Chcąc upamiętnić ich życzliwość wkrótce postawię kamień i tablicę w podziękowaniami.